Ksenia przyszła do mojego studia gdzieś około 2018 roku. Nie pamiętam, jak zaczęła się rozmowa — pewnie od tych standardowych tematów przed sesją: praca, życie i to lekkie uczucie niezręczności związane z byciem przed aparatem.
W pewnym momencie zapytałem ją, dlaczego została weterynarzem. Nie zawahała się ani chwili. „Zawsze chciałam być lekarzem” — powiedziała — „ale wolę pacjentów, którzy nie googlują swoich objawów”. Zaśmiałem się. To było proste zdanie, ale mówiło o niej więcej niż długie wyjaśnienia.
To coś, co zauważam od lat w fotografii portretowej. Ludzie często przychodzą na sesję z przekonaniem, że muszą coś zrobić „dobrze” — dobrze wyglądać, dobrze siedzieć, odpowiednio się zachowywać. Jakby byli oceniani. A im bardziej próbują to kontrolować, tym mniej wyglądają jak oni sami.
Jest w tym pewien paradoks: w fotografii portretowej moment, w którym zaczynasz się za bardzo starać, sprawia, że efekt staje się mniej przekonujący.
Bo ludzie tak naprawdę nie szukają perfekcji. Szukają czegoś, co wydaje się prawdziwe.
Ksenia nie próbowała nikomu imponować. Była spokojna, uważna, lekko ironiczna — i całkowicie naturalna w byciu sobą. To sprawiło, że cały proces był prosty. Bez skomplikowanego pozowania, bez przesadnego prowadzenia. Tylko trochę światła, trochę czasu i drobne korekty po drodze.
W każdej sesji przychodzi taki moment, kiedy coś się zmienia. Subtelnie, ale wyczuwalnie. Ludzie przestają myśleć o rękach, postawie, mimice. Przestają się kontrolować. I wtedy aparat jakby znika — i właśnie wtedy fotografia portretowa naprawdę się zaczyna.
Patrząc dziś na ten portret, nie widzę „klienta” ani „sesji”. Widzę osobę, która dokładnie wie, kim jest i nie musi niczego udowadniać. I może właśnie o to chodzi w dobrym portrecie — nie wyglądać lepiej niż jesteś, tylko wyglądać jak Ty… w dobry dzień.
W kadrze: Ksenia.
Więcej prawdziwych ludzi. Więcej historii. Wkrótce.
← Powrót do bloga